Reklama

Fach w ręku sprawia, że świat stoi przede mną otworem

Wybrać tak, żeby mieć później pracę. Takie zadanie stoi przed tymi młodymi ludźmi, którzy lada chwila kończą gimnazjum. Niektórym wydaje się, że najłatwiej i najprościej odłożyć tę decyzję na kilka lat. Wybierają więc licea ogólnokształcące. Czy za te kilka lat decyzja jest łatwiejsza? Niekoniecznie… Choć oczywiście czasem tak bywa. Ale z drugiej strony – przecież na studia można iść i po technikum. Ale wtedy ma się większy wybór. Bo szkoła branżowa przecież daje zawód.

Warto więc rozważyć naukę w takiej szkole. Tam rozwijać swoje pasje. Albo – przed jej wyborem zwyczajnie sprawdzić, w których zawodach w przyszłości będzie praca. A po kilku latach – zadecydować: studia albo praca. Albo i jedno, i drugie…

Ci, którzy tak wybrali – dziś nie żałują

– 10 lat temu szkoły, gdzie można było nauczyć się zawodu, nie były popularne wśród młodzieży. Z mojej klasy taką szkołę wybrały trzy osoby. W tym ja – mówi Katarzyna Korolczuk. Dziś – szefowa coraz bardziej popularnej wśród białostoczan cukierni Pani K. Wtedy, gdy kończyła gimnazjum, wiedziała jedno – chce zdobyć zawód. I maturę. Z fachem w ręku będzie czuła się bezpiecznie, a dzięki maturze zawsze będzie mogła podjąć decyzję o kształceniu na studiach. – Najważniejsze jednak dla mnie było to, żebym miała gwarancję, że po szkole szybko znajdę pracę.

Dobry zawód pomógł spełnić marzenia

Wybrała ” białostocki gastronomik”. I faktycznie – osiem dni po odebraniu świadectwa dojrzałości już pracowała. Znalazła dobrą pracę – ale i wtedy, i dziś nie ma wątpliwości: to dzięki temu, że szkoła miała dobrze skonstruowany program nauczania. – Co prawda marzyłam o cukiernictwie, ale koniec końców uczyłam się na kierunku kucharskim. Po prostu wtedy cukierników gastronomik kształcił tylko w zawodówce. A mi jednak zależało na technikum – opowiada. Na szczęście podstawy cukiernictwa były również. A później… – Szkoła zorganizowała nam wyjazdowy program szkoleniowy – uśmiecha się pani Kasia. – Byliśmy we Francji, Włoszech, Hiszpanii i Niemczech. Pracowaliśmy w restauracjach hotelowych. I każdy z nas sam mógł wybrać, na którą specjalizację chce się zapisać. Pani Kasia zawsze decydowała się na specjalizację z cukiernictwa. To zawsze lubiła najbardziej.

Przydało się też w późniejszej pracy. Bo pani Katarzyna została zastępcą szefa kuchni w jednej z białostockich restauracji. Odpowiadała m.in. właśnie za słodkości. – Oczywiście, w menu restauracyjnym są dwa-trzy pozycje deserów. Więc rozwój cukierniczy był żaden. Ale zapisywałam się na kolejne kursy, szkolenia, jeździłam na nie po całej Polsce. A że mój szef był bardzo nastawiony na rozwój zawodowy – też pomagał mi wyszukiwać co ciekawsze oferty szkoleń.

Współpracę z restauracją zakończyła w ubiegłym roku. – I wtedy mój mąż stwierdził: czas zacząć spełniać marzenia! – wspomina pani Kasia.

No więc cóż było robić? Zaczęła je spełniać!

Dziś prowadzi niewielką cukiernię w Białymstoku. Niewielką – ale stylową. Są tu torty, tarty, przepiękne pavlovy, serniczki… No i pączki! Ale tylko w czwartki.

Pani Katarzyna – choć jej cukiernia działa zaledwie ponad rok – już zatrudnia niemałą ekipę cukierniczek. – I jeśli będzie szukał u mnie pracy ktoś z pasją do cukiernictwa – na pewno zatrudnię kolejną osobę – zapowiada. Bo ma szerokie pole do rozwoju. Już dziś współpracuje z domami weselnymi, z salami zabaw dla dzieci, z restauracjami. Gdy będą ręce do pracy – może przecież zacząć współpracować z kolejną firmą.

– Szkoła, która daje zawód, to świetne rozwiązanie. Bo fach w ręku powoduje, że świat stoi przed nami otworem – uśmiecha się młoda przedsiębiorczyni.

Pan Marek Józefowicz, dyrektor szkoły, gdzie zaczynała spełniać marzenia, czyli Zespołu Szkół Gastronomicznych, przyznaje, że ciągle ma takich uczniów jak pani Katarzyna: – Co roku tworzymy osiem klas pierwszych – chwali się.

Jednak zainteresowania tymi zawodami spada. Zrezygnowali już z naboru do klasy hotelarskiej, mniej jest też kształcących się cukierników. Choć 30 osób co roku jednak wybiera ten zawód.

– A dziś przecież każda szanująca się restauracja oprócz dobrego kucharza chce również mieć dobrego cukiernika – mówi dyrektor. I jest przekonany, że gdyby nawet co roku wypuszczał na rynek pracy absolwentów dwóch klas o tym profilu – to na pewno znaleźliby oni zatrudnienie.

Rodzice! Nie bójcie się „zawodówek”

Wielu uczniów przyznaje, że chętnie uczyliby się w szkołach zawodowych – branżowych lub technikach. Bo są tacy, którzy wiedzą – tak jak szefowa cukierni Pani K., że dobry zawód pozwala spełniać marzenia, pozwala fajnie żyć. Chcą być mechanikami samochodowymi, fryzjerkami, kucharzami, spawaczami… Jedni dlatego – że to po prostu ich pasja. Inni – bo są po prostu mądrzy. Mądrzy życiowo. Bo wiedzą, które zawody są dziś poszukiwane na rynku pracy. Wiedzą, gdzie zarobią najwięcej. I nie oszukują się, że pieniądze szczęścia nie dają. Dobra praca za dobrą pensję pozwoli spełnić i inne, bardziej prywatne marzenia.

Są tacy, którzy nie patrzą na innych. Rozpoczyna naukę w szkołach dających konkretny zawód i realizują swoje plany. Inni – rezygnują. Bo wszyscy rówieśnicy idą do liceum. A rodzice – im radzą zrobić to samo. – Będziesz miał maturę, pójdziesz na studia – przekonują. A to błąd.

– Bo często rodzice nie mają świadomości, jak wygląda obecny rynek pracy, który dziś bardzo mocno otworzył się na osoby, które mają wykształcenie zawodowe, są po prostu dobrymi fachowcami – mówi Małgorzata Wenclik, doradca zawodowy z Białostockiej Fundacji Kształcenia Kadr. – Osoby z wykształceniem wyższym zbyt ogólnym czy nawet administracyjnym, prawniczym, nie są poszukiwane na rynku. To zawody nadwyżkowe. – Dziś poszukuje się po prostu fachowców. Z różnych dziedzin. A dla osób, które dopiero rozpoczynają swoją drogę zawodową, ważną informacją może być to, że zarobki często są znacznie wyższe niż można tego oczekiwać w przypadku osób, które są z wykształceniem wyższym.

Przyznaje, że szkolnictwo zawodowe do dziś traci przez stereotypy. – Zawsze było tak troszeczkę po macoszemu traktowane. Nawet nauczyciele kiedyś mówili: „ucz się, bo pójdziesz do zawodówki.”

I rodzice dzisiejszych gimnazjalistów to pamiętają. Dlatego realizatorzy projektu starają się zmienić ich myślenie. Zapraszają na spotkania z doradcami zawodowymi. I tłumaczą, jakie możliwości na współczesnym rynku pracy otwierają się przed absolwentami szkół zawodowych. Chcą też zwrócić uwagę rodziców na to, że mają wielką rolę do odegrania w procesie wyboru przyszłego zawodu przez ich dzieci, ze wskazaniem możliwych dróg i sposobów wsparcia w wyborze dalszej ścieżki edukacyjnej. I że czasem najlepszym rozwiązaniem jest szkoła zawodowa. I że nie należy jej się bać. Bo to wcale nie jest szkoła dla „tych gorszych”. Do wielu szkół zawodowych trzeb mieć więcej punktów z egzaminu gimnazjalnego niż do liceum.

– Bo teraz się okazuje, że wcale nie tak łatwo w tej szkole się uczyć – mówi Małgorzata Wenclik. – Oprócz takiej wiedzy ogólnej, trzeba zgłębić i wiedzę zawodową. Poza tym – uczniowie muszą tu mieć specjalne predyspozycje: manualne czy intelektualne. Ale trud włożony w naukę się opłaca. Bo szkoły zawodowe coraz częściej współpracują z przedsiębiorcami. I kształcą na potrzeby rynku.

– Uczniowie odbywają w przedsiębiorstwach staże, praktyki, są na nich zauważani przez przyszłych szefów – dodaje Małgorzata Wenclik.

I właśnie te realia są przedstawiane rodzicom na spotkaniach. – Kierujemy doradztwo do rodziców i uczniów, którzy będą wybierać szkołę ponadgimnazjalną. A nie – jak do tej pory było, do szkół średnich, gdzie tak naprawdę przecież ta decyzja już została podjęta – mówi Małgorzata Wenclik.

A dlaczego doradztwo zawodowe jest kierowane również do rodziców? – Nie oszukujmy się. W przypadku 15-latków to właśnie rodzice są „doradcami” w tym wieku, oni wspierają i są podstawowym źródłem wiedzy, dlatego muszą mieć wiedzieć, tym bardziej, że rynek pracy i edukacji bardzo się zmienia – dodaje Małgorzata Wenclik. 

www.dobryzawod.pl